WINGS FOR LIFE – PART 2

WINGS FOR LIFE – PART 2

Jak powiedział, tak zrobił! Dziś zapraszam Was na kolejną dawkę mojej relacji z Wings For Life 2017. Zacznę jednak od tego, że już dzień wcześniej zaczęła się cała zabawaKilka dni wcześniej dołączyłem do ekipy On The Move, była to najlepsza decyzja zaraz po samym zapisaniu się na Wings For Life 2017. Piątkowe Pizza Party okazało się świetnym sposobem integracji całej ekipy. Za to również należy podziękować Chrisowi, bo bez jego inicjatywy sam nie nawiązałbym tyu ciekawych znajomości 🙂 Nie mówię tutaj tylko o Mateuszu Jasińskim czy  Marcinie Kęsym, ale o całej drużynie OTM!18319400_1539186116152621_7696258898540456147_o

Dzień imprezy rozpoczął się dla mnie tak, jak zawsze – za dużo nie pospałem, rano pobudka, kawa, łazienka, owsianka i reszta standardów. Pakowanie na ostatnią chwilę i bieg na tramwaj, aby zdążyć na zbiórkę z teamem. Na szczęście na miejscu nie było trudno odnaleźć swojej drużyny, skoro dzień wcześniej Chris zaopatrzył nas w unikatowe teamowe buffki 🙂

Zbiórka, kilka fotek i rozgrzewka – nie byle jaka rozgrzewka, bo zaczęła się od Bombi Dance z udziałem autora Damiana Bąbola, którego ściągnął do naszej ekipy Mateusz Jasiński! Normalnie SZAŁ – dzięki tej rozgrzewkowej improwizacji nasza ekipa wylądowała chyba wszędzie – TVN24, główne wydanie Faktów, Głos Wielkopolski, Nasze Miasto itd. – normalnie celebryci! Pomimo tego kilkuminutowego szaleństwa, Mateusz wziął się do roboty i zrobił nam naprawdę solidną rozgrzewkę.

fot. https://onthemove.com.pl/

Szaleństwo nie mogło trwać wiecznie, bo przecież trzeba było ustawić się w strefach startowych. Dobrze, że chociaż wystarczyło mi czasu na strzelenie fotek z kilkoma osobistościami – tylko Adama Małysza zabrakło, ale widziałem, potwierdzam był!

20170507_120257_resized 20170507_120356_resized

20170507_121139_resized

Ustawiony w strefie startowej obserwowałem niebo, kiedy to samolot Red Bulla wywijał różnego rodzaju akrobacje. W międzyczasie próbowałem się trochę rozgrzać, bo zdążyłem się już trochę wychłodzić niestety 🙁

Wybiła 13:00 – ruszyli. W myślach miałem jedno – przebiec więcej niż 25 km. Trochę zawiodłem się samym startem. Niestety trwał dość długo, ale to głównei przez przepustowość samej Malty, niestety ścieżki wokół jeziora nie należą do najszerszych. Tam niestety straciłem dużo czasu, teraz na chłodno oceniam, że pewnie około 3 km biegu. Ale to nie problem, nie na tym ten bieg polega – to jest właśnie najpiękniejsze! Jednak następnym razem ustawię się nieco bliżej linii startu 🙂

Ogólnie dawno podczas biegu nie miałem takiego luzu w dupie. Poważnie! Jak tylko wybiegliśmy na szerokie ulice Poznania sprawa stała się jasna, trzeba depnąć. Tak się stało – z tempa 7 min/km wbiłem do 4:30 i zacząłem mijać innych zawodników. Próbowałem nadrobić dość dużą stratę, ale było to trochę głupie posunięcie, niepotrzebnie się podjarałem. Po 5 kilometrach ustabilizowałem tempo do 4:45 – 4:50 i tak już biegłem, aż nie dogoniła mnie meta.18402110_1526912594007265_1870942342150664557_o

Kilometr za kilometrem bawiłem się świetnie, zbijanie piątek z dziećmi, machanie do kierowców, maszynistów czy motorniczych, do tego rozmowy z towarzyszami biegu. To jest istota biegania – inni ludzie, nie gonitwa za życiówkami. Chociaż życiówki każdy lubi i po to przecież trenuje!

Według licznika kilometrarzu powinienem przebiec 30 kilometrów utrzymując to tempo, ale jasnym stało się, że to tylko sucha matematyka – strata na starcie, wolniejsze tempo na podbiegach, nadrabianie na zbiegach itp. Koniec końców ukulałem niespełna 28 kilometrów. Chociaż ostatnie 200 metrów szedłem jak burza, bo równo z BMW Adasia. Jak się odwróciłem w stronę tego BI-EM-DABLJU, to widziałem, jak wąs Adama wykręca się w uśmiechu. Stawiam, że myślał „Co za gość, już mógłby sobie odpuścić”.

20170507_152142_resized

Jak tylko dogoni Cię meta zaczynają się schody. W ciągu kilku minut organizm wychładza się tak szybko, jak pstryknięcie palcami. Kiedy na dworze jest 10 stopni, to już w ogóle dzieje się to mega szybko. Problem w tym, że pomimo dotarcia do punktu odżywczego nie dostaliśmy koców termicznych, ponieważ ich zabrakło. Na szczęście w autobusie było w miarę ciepło – spocone ciała innych biegaczy nahajcowały w środku. Na szczęście nie trafiłem na śmierdzący autobus – wszyscy zadbali o czyste ubranka i antyperspiranty! Fantastico 🙂

Czterdziestominutowy powrót nie należał do najprzyjemniejszych. Niestety, ale wyziębienie jednak dało się we znaki. Droga po medal była tak długa jak nigdy, od wyskoczenia z autobusu jeszcze dobre kilka minut spaceru nad jeziorem. Dochodząc po medal już szczękałem zębami. Wisior odebrany, fota strzelona, depozyt odebrany – czas doprowadzić się do porządku. Chciałem ciepły prysznic, ale na Malcie chyba chcieli, żeby nie marnować zbyt dużo wody, bo jej temperatura była tak niska, że szok. W każdym razie ogarnąłem się szybko, strzeliłem Chias’a bo akurat zabrałem z domu, zajadłem makaronem na koszt Wings For Life, popatrzyłem chwile na zmagania innych i strzała do domku.

20170507_170957_resized

Na szczęście zdążyłem jeszcze na główną rywalizację, gdzie oczywiście mocno trzymałem kciuki za Bartka Olszewskiego, któremu kibicuję od momenty, kiedy jego blog dopiero się rozwijał, a fanpage miał może ze 2 tys. like, podobnie jest z On The Move, dzięki czemu mogę szczycić sie tym, ze fanem jestem praktycznie od początku.

Czołówka całego biegu to Polacy, z czego jestem niezwykle dumny – Dominika Stelmach, Bartek Olszewski i Tomasz Walerowicz – Ogromne gratulacje – jesteście WIELCY!

 

Filip

Autor:Filip

Mam dwadzieścia parę lat, moje plany giną... Biegacz amator, wschodoznawca, brand manager w fajnej firmie, zainteresowany marketingiem internetowym i logistyką.

Brak komentarzy

Komentuj