Moja historia

Moja historia

Miłość do biegania nie narodziła się szybko. Uczucie tliło się nieco w kilku miejscach, aby dopiero po kilku dobrych miesiącach męczarni wybuchło niczym Wezuwiusz.

Pierwsze biegi mniej lub bardziej efektywne to czasy liceum – przerwa wakacyjne. Wtedy moja waga po raz pierwszy pokazywała ponad stówę… Może i zacząłem bieganie, ale diety nie zmieniłem. Wakacje się skończyły, waga nie drgnęła, więc olałem sprawę. Kiedy pół roku później nie zmieściłem się w garnitur, a waga pokazywała 109 kg, postanowiłem zmienić wszystko.

Nie od razu Rzym zbudowano, więc i nie od razu zacząłem biegać. Po pierwsze nie stosowałem żadnej specjalnej diety, obciąłem kalorie poprzez zmniejszenie ilości pochłanianych posiłków i słodyczy. To szybko zaczęło przynosić skutek. Pierwszym krokiem ku aktywności fizycznej na wysokich obrotach było rowerek stacjonarny. Kilka godzin każdego dnia spędzonego na pedałowaniu zaczęło robić swoje. Nie tylko przeczytałem kilkadziesiąt książek i obejrzałem kilka dobrych filmów podczas pedałowania, ale systematycznie zacząłem tracić na wadze 1-2 kilogramy tygodniowo. Sukces okupiony ciężką pracą.

W pół roku zgubiłem 25 kg. Jednak to nie był koniec. Zacząłem studia, wyprowadziłem się od rodziców, zacząłem żyć nieco inaczej. Waga nadal spadała, aż dobiła do 78 kilogramów. Stało się, zgubiłem 31 ciężkich jak diabli kilogramów. I na tym poprzestałem. Jednak kiedy odstawiłem rowerek, zaczęło mi czegoś brakować. Dopiero po kilku ładnych miesiącach, kiedy aktywność fizyczna ograniczała się do spacerów, okazyjnej jazdy na rowerze i gry w piłkę, zrozumiałem, że to odstawienie codziennej rowerowej rutyny sprawiło, że mój organizm domagał się wysiłku fizycznego. Chciał, żebym się styrał najbardziej jak to możliwe, a on da mi to, czego szukam – endorfiny.

Wtedy przyszedł czas na bieganie. Najpierw mało, sporadycznie, może 1-2 razy w tygodniu. Wracałem zmęczony, kilometrów nie liczyłem, ale mięśnie miło piekły. Nastąpiła zimowa przerwa, bo bieganie w mrozie wydawało mi się abstrakcją – jak teraz o tym myślę, to stwierdzam, że byłem niezłym debilem. Od marca zaczynałem od zera. Nie spodobało mi się to, dlatego pierwsza wolna od biegania zima była tą jedyną.

11111961_837781416275996_3973447607383643544_nGdy nie liczy się kilometrów, biega się orientacyjnie, bez spiny i planu treningowego jest jakoś lżej. Jakoś tak bezstresowo – fajnie. Tylko ile można tak sobie hasać, jak łania? Kiedyś, każdy wpadnie na to, że 10 km nie robi już na nim wrażenia. Czas na większe dystanse, czas zacząć mierzyć kilometry, zapisywać odbyte treningi, implementować jakiś plan. Z tym ostatnim miałem problem, ale regularność, systematyczność i kolejne cele sprawiły, że dystanse zaczęły rosnąć. Organizm dostawał coraz więcej i dawał coraz więcej.

Pierwsze zignorowane kontuzje i mikro urazy dają się we znaki po czasie (dziś już niczego nie ignoruje). Nigdy jednak nie miałem jakiego specjalnego parcia na udział w zawodach. Dopiero niedawno, bo po 5 latach regularnego całorocznego biegania, wystartowałem w pierwszym półmaratonie. Dla niektórych może to być szokiem, ale nadal mnie do tego nie ciągnie. Jasne, że startuję, bo jest to fajne uczucie, kiedy biegniesz, ludzie Cię dopingują, a Ty masz w sobie tyle energii, że bijesz swoją życiówkę o kilka minut. Jednak jeśli nie jesteś zawodowcem, a bieganie daje Ci frajdę, udział w zawodach nie jest do niczego potrzebny.

Podsumowując, bieganie dało mi wiele dobrego – utrzymanie normalnej wagi, inne podejście do życia, umiejętność zorganizowania czasu tak, aby wystarczyło go na wszystko, podziw znajomych, no i najważniejsze… Cudowne hobby, którego inni mogą nam, biegaczom zazdrościć!

Biegajcie!

Filip

Autor:Filip

Mam dwadzieścia parę lat, moje plany giną... Biegacz amator, wschodoznawca, brand manager w fajnej firmie, zainteresowany marketingiem internetowym i logistyką.

Brak komentarzy

Komentuj