Mój pierwszy ULTRAMARATON! Król Parku 60

Mój pierwszy ULTRAMARATON! Król Parku 60

Praktycznie rok minął od mojego ostatniego wpisu. Zabierałem się chyba milion razy, powstały w sumie ze 4 teksty, które koniec końców wylądowały w szufladzie. Może kiedyś do nich wrócę… może. Patrząc na zaangażowanie w tego bloga, to chyba coś pękło… straciłem zapał, ale chyba znowu czuję pociąg do słowa pisanego. Jest okazja, bo przekroczyłem kolejną granicę swoich możliwości. Po tytule już widać o co chodzi.

Jak tylko po raz pierwszy przekroczyłem linię mety maratonu, już chciałem więcej, chciałem dalej, chciałem dłużej. Chciałem dowalić sobie jeszcze bardziej. Od pierwszego maratonu do pierwszego ultra minęło ponad półtora roku i znowu chcę więcej, chcę dalej, chcę szybciej. Czy to dążenie do autodestrukcji, czy samodoskonalenia? Zdania są podzielone.

Na swój pierwszy bieg ultra wybrałem bieg, który odbywa się niedaleko od Poznania 🙂 Wtedy czuję się bezpieczniej. Pierwsza 10, pierwszy półmaraton, maraton – Wszystko na miejscu. Na ultra wybrałem się do Mosiny, na bieg Król Parku 60. Dlaczego? Blisko, piękny teren, polecenia 🙂

Jak przygotowywałem się do biegu? Jaki miałem ekwipunek, co ze sobą zabrałem? Temat na inny tekst, mam nadzieję, że kiedyś go napiszę 🙂

Sobota, 28 kwietnia 2018 roku, godzina 8:30… Start!

Na starcie znalazłem się na styk. Myślę, że maksymalnie 3-4 minuty przed. Wpadłem idealnie na przemówienie Burmistrza Mosiny… Skupiałem się na robocie, nie na tym, co mówił, więc przepraszam Pana, że kompletnie nie pamiętam, o czym Pan mówił 🙂

Start. Garmin poszedł, ja też. Biegniemy, na początku spokojnie, delikatnie, przyjemnie. Zbiłem piątkę z Izą, która na kilka dni przed biegiem motywowała mnie na insta i dawała rady. Dobrze, że mnie dojrzała, bo ta piątka dała moc na starcie!

Pierwsze kilometry? Delikatnie na początku 6:00, przyspieszam do 5:30. Jestem tutaj sam, od 2 km trzymam się dwóch gości, po których widać, że już coś takiego biegli, a ich tempo całkiem mi odpowiada. Słucham co mówią i skupiam się na robocie. I tak przez 10km, aż pęcherz nie postanowił o sobie przypomnieć. Pit stop, siku, tabletka z solą i w tym momencie minął mnie Mariusz (poznaliśmy się 2 minuty przed startem). W głowie mówię, lecę do niego, pogadamy trochę, będzie przyjemniej. Obaj byliśmy w końcu debiutantami. Nie myliłem się.

Chyba sami nieopatrznie narzuciliśmy sobie tempo, którego gdzieś tam w trakcie mogliśmy żałować, bo przez kilka ładnych kilometrów cisnęliśmy tempem 4:50-5:10. Szybko, jak na debiutantów. W pewnym momencie przewyższenia nas zwolniły. Od 20km już tak nie grzaliśmy. Biegliśmy, systematycznie, równo i przyjemnie. Na każdym punkcie odżywczym chwila przerwy, rozmowa z innymi, woda, cytrusy, bananik i jazda dalej.

Co by się nie działo, trzymałem się planu, trzymałem się tego, co sobie założyłem. Trzymałem się poradników ultra i tego, co miałem w głowie. Regularnie pić, regularnie jeść i regularnie przyjmować tabletki z solą. Koniec końców, wszystko złożyło się na ukończenie biegu. Do tego zestawu dołączył Mariusz. Facet, który przez prawie 25 km biegł ze mną i umilał czas rozmową. Wierzcie mi, przez 25 km można poznać człowieka. Szczególnie kiedy wzajemnie zaczynacie dodawać sobie energii. Tak było w tym przypadku. Dzięki Mariuszowi bieg nie był problemem. Rozmowa się kleiła, kilometry leciały, człowiek nie myślał o tym, że ma jeszcze tyle do przebiegnięcia.

Idźmy dalej. Minął 30 kilometr. W tym momencie wiesz, że jesteś w połowie. Wiesz, że to nie jest maraton, bo po maratonie czeka Cię jeszcze 18 km. Wtedy pomyślałem sobie „Kurwa”. Szczególnie, że trasa idąca przez Wielkopolski Park Narodowy w mojej głowie była płaska, zalesiona i chłodna. Okazała się pagórkowata, idąca także przez pola i łąki i gorąca. Istna smażalnia. Jak tylko wybiegało się z lasu, to momentalnie wpadało się w pełne słońce, które paliło, że dramat. Bieg polną drogą w pełnym słońcu nie należy do najprzyjemniejszych. Tutaj regularne picie okazało się zbawienie. Na każdym punkcie oblewałem głowę i kark wodą, bo głowa to mi się chyba gotowała. Las był miły, szło dobrze, jednak w pewnym momencie Mariusz musiał pójść uwolnić swój pęcherz. Kazał biec dalej, miał mnie dogonić. Nie udało się… zostałem sam, Mariusz też, okazało się po biegu, że znalazł jeszcze kilku kompanów do rozmowy i tak doleciał do mety. Brawa dla niego! Dzięki niemu prawie połowa biegu była dla mnie miła i przyjemna, co pozwoliło mi w ogóle przebiec ten kawał.

35 km, w tym momencie miałem dosyć. Tutaj już poczułem, że nie jest kolorowo, nie jest fajnie i szczerze mi się nie chce. Co wtedy robi biegacz? Leci dalej, wyrzuca te myśli z głowy. W tym momencie postanowiłem sobie dawać małe nagrody, za każdy przebiegnięty zgodnie z założeniem fragment. Powiedziałem sobie, że jak dobiegnę do 40 km, to moją nagrodą będzie 500 metrów spaceru, żeby odpocząć. Ułożenie trasy sprawiło, że na tym odcinku był także punkt odżywczy, więc dostałem od losu dodatkowy czas na odpoczynek, a do tego kilka kawałków chłodnej pomarańczy, wodę na głowę i rozmowę.

40-45 km to był mój największy kryzys, najgorszy, najbardziej męczący, taki w którym powiedziałem sobie, że jeśli to jebnę, to nie będzie źle. Przebiegłem w końcu maraton i trochę. Już jakiś czas biegłem sam, więc to w dużej części wina tego. Wystarczyłaby rozmowa i te myśli nawet by nie przyszły. Autentycznie, wtedy zacząłem już gadać do siebie. Za mną nikogo, przede mną nikogo na głos zadałem sobie pytanie „Filip, czy Ty aby się nie zgubiłeś?”. Mogłem przecież źle skręcić, ale dojrzałem wstążkę oznaczającą trasę. Więc luz. Na 45 km obiecałem sobie, że jak dobiegnę do 50 km, to wypiję, zrobię sobie kolejny spacer – chociaż już wtedy zdarzało mi się, że na 2 km robiłem ze 300 metrów spaceru sumarycznie. Mniejsza o to, bo punktem kulminacyjnym miał być RedBull, którego trzymałem w plecaku na czarną godzinę. To miała być moja nagroda i dawka skondensowanej mocy na finisz. Wjechał, jak ambrozja. Tak dawno go nie piłem, że smakował niczym chmurka, niczym najsłodsza czekolada, truskawki, sernik i snickers jednocześnie. Moje kubki smakowe dostawały orgazmu, a mózg już nie mógł się doczekać dawki kofeiny i pierdolnięcia! Doczekał się na 52 kilometrze, kiedy wstąpił we mnie byk, czerwony byk. Autentycznie nie spodziewałem się, że będę miał tyle mocy na ostatnich kilometrach.

W tym momencie naprawdę poczułem, że mi się uda. Czułem to w kościach, mięśniach, głowie. To cukier pukał mnie w czoło, ale dawał moc. Rozpierała mnie energia. Leciałem – kurwa RedBull dodał mi skrzydeł. Poważnie, krok za krokiem, kilometr za kilometrem. W głowie mój ulubiony refren ostatnich tygodni:

„Do celu w swoim tempie idę człap, człap, człap

Powoli, konsekwentnie, tak buduję swój świat, 

I mi się nie śpieszy, bo mnie cieszy co mam”

 

I tak, aż do momentu, w którym się wyjebałem! Serio! Myślałem, że lecę, a prawdopodobnie ledwo odrywałem nogi od ziemi, bo zahaczyłem o korzeń. Poleciałem na ręce, bok i obróciłem się na plecy. W życiu się tak szybko nie zbierałem, żeby lecieć dalej. To było 58 km. Do mety jeszcze tylko 2, więc zapierdalam. Ostatnie kilometry, to już poważny luz. Serio! Już szczerze miałem wszystko w dupie. Żeby zmieścić się w limicie czasu, mogłem sobie jeszcze na godzinę przysiąść na ławce, a ostatnie 2 kilometry turlać i prawdopodobnie bym się zmieścił w czasie. Więc biegłem, biegłem i biegłem. Ciągnęło się to strasznie, ale kiedy usłyszałem głos spikera, wiedziałem, że już tylko kawałek.

Ostatnie sto metrów przebiegłem dość szybkim tempem, a po przekroczeniu mety chwyciłem się za łeb, że dałem radę – Wykręciłem czas 6:50:07 i dobiegłem 12 w swojej kategorii wiekowej!

Zostałem ultrasem, był to jeden z najpiękniejszych biegów w moim życiu. Mało tego, pomimo kryzysu był to najprzyjemniejszy bieg w całym moim życiu – rozmowy, nowe znajomości, punkty odżywcze, śmiech i otoczenie. Piękna sprawa! Jeśli każdy ultra tak wygląda, to chcę więcej! Muszę więcej!

Na ostatnich stu metrach zobaczyłem kobietę, która coś do mnie krzyczała i machała. Myślę moja mama! Podobna fryzura, okulary, kształt. Ja swoich okularów nie miałem, ale podobieństwo nawet sama mam przyznała. Ta Pani zresztą też. Jednak na jej okrzyki zareagowałem tak, że moja mama by się uśmiała, ale Pani mogło się zrobić dość dziwnie, bo burknąłem tylko z daleka: „Matka ty się tak nie śmiej tutaj, tylko zasuwaj łapać mnie za metą.” Jakaś kurwa też się pojawiła na bank! Na odległości 5 m zorientowałem się, że to nie jest moja mamusia Tereska, tylko jakaś obca Pani. Z kolei ona pomyliła mnie ze swoim mężem, dlatego tak się darła w moim kierunku. Kurde fajnie! Dobrze, że świat biegaczy ma wiele zrozumienia dla innych 🙂 Pozdrawiam tę Panią, nie wiem, jak się nazywała, ale w mojej pamięci na zawsze zostanie sobowtórką mojej mamy, którą opieprzyłem za to, ze mi kibicuje 🙂

Fotki moje, lub pożyczone od: https://www.facebook.com/hernikteam/ co widać na znaku wodnym! Zapraszam do lajkowania Hernik Team, bo fotki robią fajne!

Podejścia dały się we znaki.
Dodał mi skrzydeł!
55 kilometr, skrzydła rosły.

 

 

 

Filip

Published byFilip

Biegam coraz dalej, coraz więcej. Pracuję w fajnej firmie, gdzie robię to co lubię i pomagam innym, aby żyli w zdrowiu i szczęściu! Czego chcieć więcej?

No Comments

Post a Comment

Facebook
Instagram