Mój pierwszy maraton – 17 PKO Poznań Maraton

Mój pierwszy maraton – 17 PKO Poznań Maraton

Jeśli ktoś kiedyś powie Wam, że przebiegnięcie maratonu to pikuś, powiedzcie mu, żeby się rozpędził i pieprznął głową w ścianę! Albo zabierzcie go na jeden z Waszych treningów podbiegów.
Do tego dnia szykowałem się cztery miesiące. Praca, praca, praca i jeszcze raz praca. Odpuszczanie treningów? Nie ma mowy – cel był jeden – przebiec maraton. Nie byle jaki, bo 17 PKO Poznań Maraton. To właśnie tutaj miałem oficjalnie zadebiutować na trasie maratonu. Tak było z każdym dystansem – 5, 10, półmaraton, więc i pierwszy maraton musiałem zaliczyć tutaj! Tak już mam.

14581305_1179320372114189_2457966782828052591_n14368776_1162365310476362_3619446270888693458_n Cztery miesiące pracy wcale nie sprawiły, że czułem się pewnie. Podbiegi, sprinty, długie wybiegania i ogólnorozwojówka nie dały mi pewności siebie. Pomimo wybieganych kilomentów, godzin treningów i wypalonych kalorii pojawiły się wątpliwości – czy dobiegnę, czy nie przeszarżuję, czy nie porywam się z motyką na słońce, czy ma to w ogóle sens. Okazuje się, że wątpliwości jeszcze bardziej motywują. Jednak, jak każdy wolałem się wcześniej sprawdzić na krótszym dystansie. Dlatego 25 września wystartowałem w półmaratonie – lepiej mieć pewność. Okazało się, że poszło całkiem dobrze – poprawiłem wynik z poprzedniego roku, wskoczyłem 40 miejsc wyżej w klasyfikacji OPEN, ale życiówki nie pobiłem. Trasa Ogólnopolskiego Biegu Zbąskich nie była łaskawa. Pogoda zresztą też… istna umieralnia. Słońce paliło, gardło wysychało, ludzie dobiegali bladzi, a większość uczestników z całą pewnością się odwodniło – w tym ja. Jednak wynik 1:35:17 napawał optymizmem przed królewskim dystansem.

14480645_1172479212798305_8531355821522238681_o Prawda jest taka, że dwa tygodnie przed startem zbyt wiele nie poprawisz. Szczególnie jeśli przepierdziałeś okres, kiedy powinieneś się przygotowywać. W moim przypadku przygotowania stały na wysokim poziomie amatorskim. 🙂 Wiele można by poprawić, ale od czerwca stały plan. Trening cztery razy w tygodniu – 1: rozbieganie, 2: rozbieganie + podbiegi (zaczynałem od 150×4, kończyłem na 150×18), 3: sprinty lub przebieżki, 4: wybieganie od 20 do 36 km. Do tego przynajmniej raz w tygodniu ćwiczenia nóg. A i tak czułem się niepewnie. Po kontrolnej połówce zrezygnowałem tylko z długich wybiegań na rzecz krótszych i szybszych jednostek treningowych.

Przed samym startem 3 dni przerwy. Jako że biegam rano – wcześnie rano, postanowiłem odpocząć – wyspać się i odpowiednio zregenerować. 3 dni bez biegania to dla mnie dość dużo. 3 dnia mam tyle energii, że nie wiem co z nią zrobić, dlatego, kiedy 4 dnia biegnę zawody, energia ma gdzie uchodzić.20161008_195334

Tradycyjnie noc przed startem sobie nie pospałem – stres, obawy, trema. Nie ma lekko! Ale nie miałem problemu, żeby wstać około 5 – kawa, łazienka, owsianka, łazienka, woda, łazienka i tak do 7:30. Ubrałem się, spakowałem i w drogę (moja dziewczyna Agata i moi rodzice postanowili mi kibicować, więc razem pojechaliśmy na start w MTP). Łazienka, woda, łazienka i droga na moją strefę czasową, do której nigdy nie dotarłem.

Plan był sensowny – przebiec maraton. Plan realny – poniżej 4h, plan optymistyczny – poniżej 3:45, plan superoptymistyczny – poniżej 3:30. Ostatnio przeczytałem świetny tekst, w którym padło jedno ważne dla mnie zdanie – „Meta czeka na mnie, z czasem się nie umawiałem!” To właśnie zdanie huczało w mojej głowie przez cały czas.

Ekwipunek na starcie – 3 żele energetyczne i woda PowerWater’s. Woda wjechała jeszcze przed startem – daje kopa, ale też wysyła do łazienki, z której musiałem skorzystać na 10 kilometrze. To nieistotne! Ruszałem ze strefy czasowej na 4:15:00, bliżej nie mogłem się przebić. Dlatego za cel postawiłem sobie dogonienie strefy 3:30, a następnie pędzenie razem z nimi.

10, 9, 8… 3, 2, 1… START! Wszyscy ruszyli, spokojnie idę do startu. Przekroczyłem, kliknąłem Garmina i jazda. Przebicie się przez kilka tysięcy ludzi wcale nie jest łatwe, ale jakoś poszło. Trawa, krawężnik, chodnik – dałem radę. Co prawda przez takie manewry nabiegałem nieco więcej, niż powinienem, ale wielu było w takiej sytuacji. Czasem potrzeba trochę kreatywności. Szczególnie przy takiej masie ludzi.

Aby przebiec maraton w czasie niższym niż 3:30:00 cały czas trzeba utrzymywać tempo na poziomie 4:59/km. Musiałem biec szybciej, aby dogonić moją strefę. Pierwsze 5 km – 04:39 min/km, było dobrze. Liczyłem się z tym, że będzie spadać, ale lecę. Po niecałych 10 km dogoniłem swoją strefę, a następnie budowałem przewagę. Nie była kosmiczna, ale wystarczyła. Początek biegu to była czysta improwizacja. Niestety, ale złe ustawienie na starcie sprawiło, że musiałem zmienić plan. Gonitwa, a potem stabilizacja tempa. Pomysł wypalił.

14054282_600216486851367_4804437730060485762_o10 km – żel. Trzeba coś przyjąć. 21 km – żel, 32 km – żel. Wszystko według planu. Piję na każdym punkcie z wodą. Tylko woda – izo nie jest dla mnie. Po połówce czułem się świetnie. W myślach widziałem już blask fleszy na mecie. Pomyślałem sobie, że jeśli po 21 km czuję się praktycznie tak samo, jak po 5 km, to można cisnąć dalej. 30 km spokój, pełna kontrola nad sytuacją – pada, więc jest przyjemnie i trudno będzie się zniszczyć. 32 km – żel, nie ma tragedii, ale wcześniej poczułem już, że obtarłem sobie stopę. Wiedziałem, że może być kiepsko, boleśnie i nieprzyjemnie. Mówi się o tym, że gdzieś pomiędzy 30 km a metą znajduje się ściana, która podcina skrzydła. Zastanawiałem się, kiedy mnie to spotka, podobno spotyka każdego. Chyba przyszło koło 34 km. Nie był to poważny kryzys, raczej poczułem brak motywacji. Już bliżej niż dalej, ale kroki przestały sprawiać przyjemność. Wtedy w głowie pojawiła się myśl – Filip nie pierdol, biegałeś już dłuższe kawałki. Otrząsnąłem się, popatrzyłem na zegarek, zorientowałem się, że mam dość duży zapas. Na tyle duży, żeby trochę odpuścić. Co więc zrobiłem? Tempo mi spadło, ale cisnąłem dalej!
14542416_515628778629589_3878814826782691383_oBiegnąc, masz wiele powodów, które Cię demotywują. W moim przypadku nie są to osoby, które mnie wyprzedzają, ale osoby, które odpuszczają. Nic nigdy mnie tak nie demotywuje, jak ludzie, którzy bieg zamieniają w marsz. Poważnie! Co ważniejsze, nie ma nic gorszego.

Ostatnie kilometry to istna plaga, rozumiem skurcze, ból i wszystko inne. Naprawdę to rozumiem, ale mimo to warto zacisnąć zęby! No, chyba że grozi Ci kontuzja!

39 kilometr, wyprzedzają mnie zające na 3:30 – myślę sobie, co jest grane. Szczególnie kiedy usłyszałem od jednego z nich – „Ciśniemy, mamy 15 sekund zapasu”. Jakie 15 sekund zapasu? Mój zegarek pokazuje około 3 minut. Zajęło mi z 2 minuty, zanim zorientowałem się, że wcześniej nadrobiłem całkiem dużo czasu. Okej, biegnij – nie zwracaj uwagi na nic. Ostatnie 2 kilometry, słyszysz już głos spikera, który mówi, że już kawałek, już meta. No nie do końca – 2 km to strasznie dużo. 1 km do mety. Tempo spadło baaaaaardzo – 5:15 to już dramat. Pokonując zakręt, który prowadzi do mety, nagle dostałem skrzydeł, dostałem nowej energii. Na dywan wbiegałem szczęśliwy. Linia mety – śmiech i problem z powstrzymaniem łez. Autentycznie, tak wielu emocji podczas zawodów nie przeżyłem nigdy. Pokonałem swój pierwszy maraton – Poznań Maraton, jeden z najlepszych w Polsce. Mało tego zrobiłem to, spełniając wszystkie przedstartowe założenia. Czas poniżej 3:30, pierwszy tysiąc, brak kontuzji. Wszystko! Uśmiech na twarzy, łzy w oczach a do tego świadomość, że trafiłeś do grona maratończyków, a to nie byle co.1-1

wynikiWnioski – czułem się dobrze, ale po tym wszystkim stwierdziłem, że nie byłem w 100% przygotowany.

Postanowienia – Zupełnie nowy plan treningowy, większy nacisk na szybkość, przynnajmniej 3 maratony w przyszłym roku. Międzynarodowe? Nie wiem! Zobaczymy, czy się uda. Jestem dobrej myśli.

Cele – Pobić życiówkę!

Filip

Autor:Filip

Mam dwadzieścia parę lat, moje plany giną... Biegacz amator, wschodoznawca, brand manager w fajnej firmie, zainteresowany marketingiem internetowym i logistyką.

2 komentarze

  • Kuba

    28 października 2016 at 12:11 Odpowiedz

    Hej, fajny wpis, gratuluję ukończenia maratonu!
    Zastanów się jednak nad planem na następny rok. To że tak dramatycznie spadło Ci tempo pod koniec to nie wina tego że zabrakło Ci szybkości tylko wytrzymałości, do szybkości które osiągasz na treningu przebieżek nawet się nie zbliżasz podczas maratonu. Widziałem, że robiłeś długie wybiegania ale może problemem była ich intensywność. fajnie o takim przygotowaniu pisze Bartke Olszewski. Nie będę wrzucał linków ale poszukaj wpisu o czterech rodzajach treningów w przygotowaniach od 5 km do maratonu.
    Do zobaczenia na trasach 🙂

    View Comment
  • rafał

    28 października 2016 at 20:18 Odpowiedz

    jakbyś biegł negative split pewnie z palcem w nosie ukonczyl bys to na poziomie 3:23 🙂 to taka moja podpowied zna przyszłosc. Gratuluje ukonczenia maratonu 🙂 ja w zeszłym roku w POznaniu zyciówke zrobiłęm 3:09 🙂 pozdrawiam 🙂

    View Comment

Komentuj