9 PKO Poznań Półmaraton

9 PKO Poznań Półmaraton

9 PKO Poznań Półmaraton za nami. Minęło kilkanaście godzin, więc mogę na to wszystko spojrzeć dość trzeźwym okiem. Będzie ciężko, bo osiągnąłem wszystkie przedstartowe założenia!

Zacznijmy od podstaw. Poznań był miejscem mojego debiutu półmaratonowego. Dlatego zawsze z sentymentem będę tutaj startował. Coraz większa liczba startujących napawa optymizmem. Naród się ruszył!

Organizacja jak zawsze perfekcyjna. W końcu Poznaniacy mają doświadczenie – maratony, półmaratony, triathlony. Mieszkam tutaj, więc widzę ile dzieje się dookoła!

Muszę jednak zwrócić uwagę na jeden fakt. Słaba przepustowość MTP. O czym mówię? Zbyt dużo ludzi, zbyt małe drzwi. Nie było opcji, aby sprawnie przejść z hali na linię startu. Podejrzewam, że znaczna część startujących zwyczajnie nie zdążyła na start, ale to już ich problem. Wystarczyło przecież wyjść wcześniej. Pretensje można mieć tylko do siebie, ale w organizacji zawsze mogło to wyglądać lepiej. Głośny komunikat na halach MTP czy coś w tym stylu.
20160417_114148
Moje wrażenia? Super! Zaraz po przeskoczeniu płotu, który oddzielał mnie od trasy, ruszyłem za wszystkimi. Założenia były dwa – pobić życiówkę i zmieścić się do pierwszego tysiąca. Sceptycznie nastawiony ruszyłem w nieznane. Po naprawdę żenującym początku roku, gdzie przesilenie wiosenne dało się we znaki, a choroba dwukrotnie wyłączyła mnie z treningów, cieszyłbym się, gdybym uciął, chociaż kilka sekund. W końcu po Maniackiej Dziesiątce nie byłem specjalnie zadowolony. Drugie założenie? Też na styk, przecież w zeszłym roku byłem w okolicach 2100 miejsca. No kurde, trzeba było popracować. Deszcz mnie zawsze mobilizuje, więc atak. Poza tym, we wtorek nad Poznaniem, przeszła znacznie gorsza ulewa, także byłem zaprawiony.

Mówi się, że kałuże wkurzają, dopóki się w jedną z nich nie wbiegnie. Dobrze, że zaliczyłem jedną już w drodze na start. Solidne dziurzysko wyrosło na mej drodze dość niepostrzeżenie. I tym oto sposobem, cała prawa stopa, aż po samą kostkę była idealnie i równo zamoczona. Problem z głowy. Drugi but to już w zasadzie była tylko formalność. Do samych butów wrócimy później, bo wiąże się z nimi niezła przygoda.

Chyba zapomniałem dodać, że w biegu startował też mój tata. Ale to można było wywnioskować po zdjęciach, które znajdują się na fanpage. Tacie objawiły się problemy z achillesem, ale jak każdy, miał ból z odpuszczeniem sobie tego biegu. No cóż, swój cel zrealizował. Życiówka walnięta o 8 minut… szacunek!

Wracając do samego biegu. Początek w deszczu był trudny. Nie będę ściemniał, że było miło. Lubię biegać w deszczu, ale bez przesady. Dwa kilometry i jedyny suchy fragment mojego ciała to było… Nie w sumie nie było takiego fragmentu. Pierwszy, drugi, trzeci kilometr, jakoś poszło. Trasa pomimo tego, że okazała się dość szybka, była jednocześnie bardzo nudna i monotonna. O czym mówię? Długie proste. Droga Dębińska, Hetmańska, Grunwaldzka… Istni psycho mordercy. Psychika biegacza może wysiąść w takim momencie. Dlaczego? Kiedy jesteś z tyłu i widzisz przed sobą rzekę ludzi, mogą ugiąć się nogi… Tutaj potrzeba jest dobra psychika.

W zeszłym roku wystartowałem zachowawczo, tym razem postanowiłem zaatakować agresywnie od samego początku. Nie ma zmiłuj! Koniec końców, opłaciło się! Kryzys? Był! Oczywiście, że był! Zawsze jest na 18 kilometrze, miałem ochotę krzyczeć i rzygać jednocześnie, ale zacisnąłem zęby i wio. Ostatnie 1,5 km dobiłem tempo w górę. Metę przebiegałem z uśmiechem na twarzy i rękami robiącymi samolocik. Cudowna sprawa! Szczególnie że przekraczając linię mety, wiedziałem, że życiówkę pobiłem o 3 minuty.

13020082_1161680563876930_1097803449_nWspominałem o butach… No tak, na trasie sznurowadła wiązać musiałem dwa razy. Jednak nie w tym problem. Od tej prędkości i faktu dużego zużycia moich startówek, trochę się – lekko mówiąc – zużyły. Symptomy dawały już wcześniej, ale w końcu były to moje ulubione zapierdalajki. W takiej sytuacji należało dać im spektakularne odejście. Tak się stało! Odeszły dając mi życiówkę i solidne otarcia na dużych palcach obu stóp. Dlaczego? Sami spojrzyjcie na fotkę.

Ktoś powie – obetnij paznokcie. Zapewniam Was, to nie od tego. Jak się zaciera palec podczas biegania, to się tak kończy. Woda też zrobiła swoje.

Już na sam koniec dodam, że bieg w 100% zaliczam do udanych. Dlaczego? Pobita życiówka, wejście do pierwszego tysiąca, ukończenie biegu i życiówka taty, brak choroby na drugi dzień, brak ogólnego zmęczenia. Same sukcesy!

Trzeba kiedyś wybrać jakiś bardzo mały półmaraton, może wtedy wskoczę do pierwszej 50. 🙂

DSC01686

Filip

Autor:Filip

Mam dwadzieścia parę lat, moje plany giną... Biegacz amator, wschodoznawca, brand manager w fajnej firmie, zainteresowany marketingiem internetowym i logistyką.

Brak komentarzy

Komentuj